82H

#14 biologia już nie jest moją kochanką, jak kochać ucznia i czy miłość jest wieczna? <3

#14 biologia już nie jest moją kochanką, jak kochać ucznia i czy miłość jest wieczna? <3

Nauczyciel cierpliwy jest (dopóki klasa siedzi cicho i nic nie mówi), łaskawy jest (zawsze daje drugą szansę) 😛 , nauczyciel nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą (potrafi przyznać rację uczniowi) , nie unosi się gniewem, nie pamięta złego (zapomina o jedynce) … No ale pomału… Wróćmy do pani od biologii.

Bądź co bądź, jeśli na życie  kilku czy kilkunastu ludzi jakikolwiek nauczyciel wywarł tak strasznie negatywny wpływ, to coś tu jest nie tak. Pewnie, że nie każdy uczeń jest tak wrażliwy, jak ja i dostrzega rzeczy, które ja dostrzegam. Ale to nauczyciel, jak już wspomniałem, jest dorosły, mądrzejszy ( LOL ) i ma wiedzę na temat pracy w szkole. Czyli że to on powinien wiedzieć, jak pracować z uczniami wrażliwymi i zajebiście wrażliwymi. Bo taki, o którym pisałem kilkadziesiąt linijek temu, który zrobi wszystko, co powie pani, da radę i będzie nawet myślał, że tak powinno być. Uczeń wrażliwy będzie cierpiał i wewnętrznie buntował. Uczeń zajebiście wrażliwy czy, jak wolicie, nadwrażliwy, może nie dać rady i pójść skoczyć z mostu, gdy taki ktoś wpierdzieli mu pałę na koniec semestru. A jak ma po*ebanych rodziców, to szanse na samobójstwo są jeszcze większe. I teraz mówię całkiem serio. Naprawdę.

Przerwa przed lekcją biologii, mojego ulubionego przedmiotu w podstawówce, wyglądała jak czekanie na werdykt sądu mającego za moment wydać wyrok śmierci lub dożywocia. Jeszcze niedawno czekałem na lekcje biologii, jak na wakacje, melo urodzinowe czy spotkanie z przyjacielem. Jeszcze niedawno od rana cieszyłem się, że spotkam się z moja ulubioną nauczycielką i nie tylko dowiem czegoś nowego o tym cudownym świecie fauny i flory, ale też o życiu. Że ktoś zapyta mnie jak się czuję. Że nie będzie miał w dupie, co robiłem w weekend i dlaczego jestem przygnębiony. Jeszcze niedawno…

Teraz było inaczej. Właściwie nie było przerwy. Została nam odebrana. Bo wszyscy stali pod klasą z zeszytem w ręku i powtarzali te dziesiątki słów, które pani profesor podyktowała nam na poprzedniej lekcji. Albo na trzech poprzednich. Dydaktyka na najwyższym poziomie! Podyktuj trochę szitu uczniom i na następnej lekcji z tego odpytaj. Po co w ogóle są podręczniki? Do dziś tak jest, że czasem przez cały semestr otworzy się je raz czy dwa. Ale przecież zostały zakupione.

Niektórzy nauczyciele sądzą, że jak coś sami podyktują, to są mądrzy. Że to wygląda lepiej i na wyższym poziomie. Że nikt im nie zarzuci, że na lekcji przerabiają tylko ciągle podręcznik haha 😀 Czują się wtedy, jak prawdziwi profesorowie uniwersytetów prowadzący ekscytujący wykład. Ona też chyba tak się czuła. A może z jakiegoś innego powodu? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że wymagała od nas, abyśmy szanowali zeszyty jak flagę narodową. Miała bzika na tym punkcie! Musiały być czyste, tj. bez kratek, linijek czy gwiazdek. Marginesy musiały być ręcznie i samodzielnie narysowane długopisem w kolorze ZIELONYM. Tak, dobrze czytacie. ZIELONYM. Nie niebieskim czy czarnym, jak u wszystkich normalnych nauczycieli. Mało tego: musiały być oba po LEWEJ stronie zeszytu. Nie tak, jak drukują je w drukarniach na całym pięknym świecie. XD Czyli na stronie z lewej po lewej i na stronie prawej po lewej. Nie no spoko, coś innego, oryginalnego powiecie. Jak najbardziej – zawsze lubiłem, jak ktoś się wyłamywał, był oryginalny, nietuzinkowy, nie zerojedynkowy, inny. I byłoby całkiem nieźle z tymi marginesami gdyby… chorobliwie tego nie pilnowała i nie sprawdzała… jakby od tych głupich zielonych marginesów zależeć miała nasza przyszłość. Całe dalsze życie. Idziesz na uniwerek i podczas egzaminu wstępnego słyszysz:

– Pana odpowiedzi są bardzo dobre i naprawdę imponująca jest pana wiedza z liceum. Niestety, jako że nie robił pan marginesów kolorem zielonym, jak zalecała pana nauczycielka, nie może pan zostać studentem naszej uczelni.

– Fuck you, stupid assholes! – odpowiadasz wkurzony na maksa.

– Do widzenia, proszę pana – odpowiadają naukowe asshole.

– Wysrajcie się i to najlepiej zielonym gównem! – odpowiadasz i opuszczasz budynek uniwersytetu. 😛

A więc wszystko było OK., gdyby ciągle, nieustannie, permanentnie i zawsze tego nie sprawdzała. Ale ona ciągle łaziła po klasie. Jakby nie mogła usiąść z dupą na krześle i tam siedzieć całą lekcję. A najlepiej jeszcze cały dzień, tydzień, miesiąc, rok. Całe życie. I zgnić na nim. Pokryć się zieloną pleśnią. Razem z tymi jej marginesami.

Ale coś czuję, że nie dokończyłem o tej przerwie… No więc staliśmy przed tą klasą drżąc jak gdyby było minus dwadzieścia stopni. Dzwonek. Drżymy jeszcze bardziej. Ciiiicho! Idzie. Kurde. Chowaj się. Może nie zauważy, że jestem obecny. Nie, przecież za chwilę i tak dokładnie odczyta listę obecności. Ale może jak nie zobaczy mnie teraz, to jednak jest jakaś szansa, że nie zapyta? A może nie dojdzie do góry na trzecie piętro? To przecież dość wysoko. Może dostanie zadyszki? Może odpadnie jej obcas od jednej ze szpilek, potknie się, przewróci i runie jak długa po schodach z trzeciego pietra aż na parter i walnie glacą o metalowy śmietnik? I już nie wstanie? I pójdzie do nieba a my dostaniemy nowego nauczyciela biologii? Nie żebym komukolwiek źle życzył ale bądźmy szczerzy – prawie każdy z nas kiedyś tak myślał. Sorry, jeśli było zbyt hardcorowo. W wersji bardziej lajtowej, pozostawała zawsze nadzieja, że może nagle zachorowała lub jej dziecko i po prostu wzięła zwolnienie. Boże, pamiętacie, jak w takich chwilach się czuliście czy wciąż czujecie? Alleluja! Jak nowo narodzeni! Zmartwychwstani! Jakbyście nagle dostali skrzydła i skoczyli z wieżowca! O H  Y E A H…! a pamiętacie, gdy czekaliście na nauczyciela, który się spóźniał, i liczyliście każdą minutę, byle by tylko było coś koło piętnastu? Wtedy możnaby niby legalnie uznać lekcję za odwołaną. Trzynasta minuta… czekacie… nie idzie… kurde… może jednak przyjdzie… shit… wciąż jest nadzieja… czternasta minuta… spadamy i powiemy, że była piętnasta… nikt nam tego nie udowodni przecież… chowacie się za rogiem aby zobaczyć bezcenną minę nauczyciela spóźnionego powyżej piętnastu minut zdającego sobie sprawę z faktu, że wszyscy już poszli. Albo to rozczarowanie własnym brakiem jaj, gdy czekaliście do czternastej i kurde w mordę przyszła… jaaaa…. A mieliśmy taką szansę… 😛

Gdy otwierała drzwi, nerwowo wchodziliśmy do klasy i zajmowaliśmy miejsca. Jeszcze kilka sekund i się zacznie. Siada. Odkłada torebkę, w której może trzyma rewolwer i drut kolczasty. Otwiera dziennik. Twoje serce zaczyna bić szybciej. Poziom adrenaliny rośnie. To taka biologia w praktyce: jak szybko zwiększyć poziom hormonu we krwi własnych uczniów. Szkoda, że nie endorfin. Sprawdza dokładnie obecność. Nie lubi, gdy ktoś odpowiada ‘jest’ czy ‘tutaj’ Lubi słowa ‘obecny’ i ‘nieobecny’ ja osobiście bardziej wolę to drugie ale nie miałem wielu okazji, by móc wypowiedzieć je we własnym imieniu w klasie. 😛 OK., sprawdziła. I jednak niestety jestem obecny. Czyli jestem na liście potencjalnych ofiar, które za chwilę zostaną wywołane do odpowiedzi i skazane na powolną śmierć. Leci pierwsze nazwisko. ‘Jestem nieprzygotowana, pani profesor’ – leci pierwsza odpowiedź. Pierwsza pała. ‘Ja też’ – rzuca druga wywołana osoba. Kurde. Już dwie pały. Adrenalina rośnie. Słychać nerwowe szepty i szybsze bicie serc. Uff… udaje się… wzięła kogoś innego…. Nie ja. Nie tym razem… co za szczęście! 😀 Z tej radości musze iść zajarać szluga. Ejj… przecież ja nie palę… no właśnie.

Pewnego razu postanowiłem urwać się z lekcji. Wymyśliłem popularny kit o wizycie u lekarza (Boże, ile to razy każdy z nas był u dentysty… Plomb więcej, niż zębów, w każdym chyba po trzy…) I wiecie, że mnie ta cwaniurka przechytrzyła? No bo ja planowałem odwiedzić kumpla w Gdyni i spędzić z nim miło czas. A ona:

– A do jakiej przychodni należysz, Krystian?

– No na Nowym Mieście – odpalam nie przeczuwając jeszcze jej podstępu.

– A czy mógłbyć przy okazji odebrać wyniki badań mojego syna? – rzuca jakbym był jej dobrym kumplem i jakbyśmy nie raz pili razem wódkę – Są do odbioru w okienku, w rejestracji.

– Yyyy… tyle że kurde ja pędzę na dworzec i mam zaraz pociąg do Gdyni – powiedziałem w myśli. A naprawdę:

– Tak, ależ oczywiście, pani profesor. Zrobię to z przyjemnością.

No i przez te pieprzone wyniki na pociąg już nie zdążyłem… 😛

I tak oto widzicie, moi kochani, jak moja –  wydawać by się mogło – wieczna miłość do biologii, została zniszczona. Zginęła, zdechła, umarła, zgniła. A podobno prawdziwa miłość nie umiera? Może więc nie była prawdziwa? Czy jeśli kogoś kocha, to będzie go kochał na zawsze? Nawet jeśli ten ktoś odejdzie i pozostawi w sercu pustkę? Jeśli wierzyć świętemu Pawłowi, to właśnie tak jest, a nie widzę powodu, dla którego chłopak miałby w tym temacie ściemniać. Według niego miłość nie ustaje i nie jest jak proroctwa, które się skończą. Czyli że co? Że nigdy tej biologii tak naprawdę nie kochałem? 😉 A może kochałem ją w ogólniaku nadal, tylko przez moją nauczycielkę na jakiś czas o tym zapomniałem? To tak, jakby kochać kogoś, kto znika z twojego życia i potem zaczynasz o nim zapominać ale nawet nie podejrzewasz, że tak naprawdę dalej go kochasz i w sumie będziesz kochać na zawsze. I w takim rozumieniu słowa ‘już cię nie kocham’ nie mają najmniejszej racji bytu; wypowiadane są bez zrozumienia. Mogę przestać cię lubić albo przestać umieć z tobą rozmawiać czy nawet żyć. Ale nie mogę przestać cię kochać. No, przynajmniej ja wierzę, że tak właśnie jest. 😛

Pojawiają się czasem w naszym życiu osoby, które zaczynamy, z jakiegoś nieznanego powodu, kochać. Stają się one dla nas bardzo ważne. Jak róża dla Małego Księcia. Pozwalamy im się oswoić i z każdym spotkaniem siadać coraz bliżej nas. Potem, z tej czy innej przyczyny, znikają z naszego życia, pozostawiając ogromny ból, smutek i tęsknotę. Lecz my kochamy je nadal. Nigdy nie przestaniemy ich kochać. Być może nauczymy się żyć bez nich.

Wracając do świętego Pawła i jego Hymnu o Miłości. Osobiście uważam go za najlepszy tekst starający się zdefiniować niedefiniowalną miłość, jaki kiedykolwiek powstał. A skoro jest to książka o szkole, spróbujmy słowo miłość zastąpić słowem nauczyciel i zobaczmy, co z tego za żarty wyjdą:

nauczyciel cierpliwy jest

(dopóki klasa siedzi cicho i nic nie mówi)

łaskawy jest

(zawsze daje drugą szansę) 😛

nauczyciel nie zazdrości

nie szuka poklasku

nie unosi się pychą

(potrafi przyznać rację uczniowi)

nie unosi się gniewem

(nie no w ogóle)

nie pamięta złego

(zapomina o jedynce)

nie cieszy się z niesprawiedliwości

(nie wstawi niższej oceny za brak pół punkta)

lecz współweseli się z prawdą

wszystko znosi

(…XD)

wszystkiemu wierzy

(szczególnie uczniowi)

we wszystkim pokłada nadzieję

(osiągniesz w życiu wiele)

wszystko przetrzyma

(hmmm…)

Nie no chyba jednak nauczyciel nie jest najlepszym synonimem miłości… 😉 no ale mimo to zawsze można próbować, prawda?

You Might Also Like

Komentarze

a

#13 biologia moja miłość i nienawiść; Kasia&Bożenka; zeszyty z zielonymi marginesami oraz czy nauczyciel musi być lubiany?

Desktop4

#15 szkoła czyni z dziecka prawdziwego człowieka, nadaje mu wartość oraz sens jego życiu ;)

Visit Us On Facebook